Ania & Kuba – sesja na Islandii

Poprzedni islandzki wpis, podsumowałem stwierdzeniem, że ten kraj zachwyca, olśniewa, inspiruje i uzależnia. Uzależnia tak bardzo, że postanowiłem wrócić tam najszybciej jak to tylko możliwe i zarazić tym uzależnieniem kolejne osoby. Wystarczyło jedno spotkanie i jedna rozmowa by Ania i Kuba, bohaterowie dzisiejszej historii, zdążyli się zdecydować na podróż na północ. Powiem więcej, z Anią ledwo co się poznaliśmy, więc delikatnie zaczynam się bać moich zdolności perswazyjnych. Kuba natomiast, to historia sama w sobie. Kumpel ze szkolnej ławki (nie jednej z resztą) to mało. Kompan w rowerowych wyprawach do Sitańca, bohater wielu amatorskich filmów (i to przed istnieniem youtuba!), posiadacz trzynastego znaku zodiaku, człowiek, który szóstego dnia tygodnia… Tak czy inaczej, nasza nić porozumienia przebiega często ponad przekazem werbalnym. Plan już był, pozostało tylko załatwić kilka spraw organizacyjnych i w drogę! Chwilę przed wyjazdem, zabraliśmy jeszcze jednego pasażera na gapę, Emilię, towarzyszkę podróży dalekich jedyną w swoim rodzaju. Legenda głosi, że elfy muszą raz na jakiś czas wrócić w rodzinne strony, może jest w tym ziarenko prawdy, kto wie. Po perypetiach wszelakich, w końcu, lotnisko Keflavik, witaj przygodo! Zaopatrzyliśmy się w najlepszą terenówkę na świecie, a takie wiadomo są tylko bez centralnego zamka, i zaczęliśmy podbój kraju ognia i lodu. Pogoda nie miała ochoty nas rozpieszczać, momentami chyba nawet robiła nam na złość. Całe szczęście zapierające dech widoki rekompensowały wszystko i wszelkie niedogodności odchodziły na plan dalszy. Przez tydzień zrobiliśmy trzy tysiące trzysta kilometrów i chyba jeszcze więcej zdjęć. Zasmakowaliśmy prawdziwych islandzkich kanapek z serem, polskiej konserwy, suszonej ryby, darmowej kawy oraz wielu batoników białkowych. Cieszyliśmy oczy wulkanami, lodowcami, fiordami, gejzerami, dziką, nieskażoną naturą. W poszukiwaniu maskonurów trafiliśmy na dzikie renifery, a robiąc sesję zdjęciową dowiedzieliśmy się dlaczego lód jest niebieski. Oprócz płaszczyzny turystycznej nie mogę nie wspomnieć o szczegółach naszej sesji. Wiało, pizgało, padało, ale to nie przeszkodziło by przy pięciu stopniach ubierać się w garnitur na pustkowiu. Medal wytrwałości i tak należy się Pani Młodej, bo ta mając gęsią skórkę oraz dygoczącą szczękę, na pytanie czy jest jej zimno, odpowiadała z półuśmiechem: “nie, jest ok”. Moja wesoła ekipko z Dacii Duster, wielkie dzięki za ten tydzień! A co do samej Islandii, nie zawiodłem się ani trochę, miejsce oczarowało mnie po raz drugi. Jak to śpiewał klasyk, “lubię wracać tam gdzie byłem już” i coś mi się wydaje, że jeszcze tam wrócę. Zapraszam na kilka zdjęć z naszej sesji!