Tajlandia w pigułce

Wszystko zaczęło się od niewinnego napoju z kofeiną, w jednej z warszawskich kawiarni. Razem z Emilią spotkaliśmy się zwyczajnie porozmawiać, wymienić się aktualnościami. Choć znamy się już prawie naście lat, częstotliwość naszych spotkań zamykała się w jednym rocznie (o ile w ogóle). Temat rozmowy niebezpiecznie zszedł na podróże i tanie bilety. Wtedy obudziła się w nas wizja, dziecięca chęć poznania świata i ta nieszczęsna spontaniczność… Jak się domyślacie, tego samego wieczoru bilety do Azji zostały zaklepane, dzień później kupione. Stało się, jedziemy do Tajlandii! Choć mieliśmy już jakieś doświadczenie w podróżach, Azja była dla nas (i nadal jest) czymś egzotycznym i zupełnie nowym. Oprócz samego celu, w naszych planach obiecujące były jeszcze dwie rzeczy – podróż miała trwać miesiąc, a naszym jedynym bagażem miał być trzydziestolitrowy plecak. Prawdziwi backpackerzy! Miesiące do wylotu minęły zaskakująco szybko, a przygotowania pełną parą ruszyły dopiero na kilka dni przed wyjazdem. Ostatnie zakupy niepotrzebnych rzeczy, wydruk kart pokładowych i lecimy… Nie bójcie się, nie będzie to opowieść dorównująca objętością Potopowi, ani też niekończące się streszczenie naszego wyjazdu. Do rzeczy! No więc gdzie byliśmy? Nasza podróż wyglądała mniej więcej tak: Warszawa -> Kijów -> Bangkok -> Khao Yai ->Bangkok -> Chiang Mai -> Pai -> Chiang Mai -> Kuala Lumpur -> Ipoh -> Tanah Rata -> Hat Yai  -> Krabi -> Phi Phi -> Phuket -> Surat Thani -> Bangkok -> Pattaya -> Ko Lan -> Bangkok -> Kijów -> Warszawa. No dobrze, a gdzie spaliśmy? Zaliczyliśmy nocki w: samolocie, hotelu, hostelu, dormie, namiocie, pociągu, autobusie, na lotnisku i na kempingu (z ciekawostek, niektóre pokoje nie miały okien, większość gościła grzyba, a w żadnym nie spaliśmy dłużej niż trzy noce). Przemieszczaliśmy się pieszo, rowerem, skuterem, taksówką, tuktukiem, pociągiem, samolotem, kajakiem, pontonem, łodzią, promem, autostopem, na przyczepie, metrem, skajtrejnem, autobusem oraz na słoniu. Serio. Choć mógłbym tu wyliczać wszystkie ciekawe potrawy, które jedliśmy lub wymieniać wszystko to co widzieliśmy podzielę się „jedynie” kilkoma myślami.

(nasze trzy minuty w Tajlandii – polecam pełny ekran, opcję HD oraz koniecznie włączony dźwięk)

mapa

(mapa naszego rejonu zainteresowań, gwiazdki oznaczają miejsca w których byliśmy)

Od samego początku wyjazd do Tajlandii był dla mnie ogromnym wyzwaniem fotograficznym. Ograniczona pakowność skutecznie uniemożliwiała mi zabranie wszystkiego czego bym chciał. Ograniczyłem się do minimum (według Emilii i tak absurdalnego minimum). Oprócz oczywistego aparatu w telefonie i kamerki sportowej mieliśmy do dyspozycji pełnoklatkową lustrzankę i trzy obiektywy. Co za tym idzie, wagową połowę mojego bagażu na miesięczną podróż stanowił sprzęt. Wydaje się to oczywiste, przecież jestem fotografem. Jednak nie jest to takie proste. Szybko okazało się, że lustrzanka jest niezwykle nieporęczna przy jednoczesnym sprawdzaniu mapy i nawadnianiu się sokiem z mango. Nieporęczna była także przy prowadzeniu skutera i nieprzydatna podczas nurkowania. Istnym zbawieniem okazał się telefon, który zawsze był gdzieś pod ręką, a do tego był szybki i dyskretny. Nigdy nie popierałem fotografii komórką, jednak do upamiętniania wspomnień nadaje się idealnie. Czy nie warto zatem brać sprzętu ciężkiego kalibru? Warto się zastanowić czy chcemy przywieźć zdjęcia życia, czy tylko zdigitalizować nasze wspomnienia. No właśnie, tu pojawia się drugi problem, przenoszenia rzeczywistości na kartę pamięci… Były sytuacje, na przykład festiwal lampionów w Chang Mai, gdzie chciałem mieć materiał na wszystkich trzech urządzeniach (telefon, lustrzanka i kamerka). Były sytuacje, które oglądałem jedynie przez wizjer aparatu lub na ekranie smartfona, kompletnie nie widząc rzeczywistego obrazu. Były też sytuacje, kiedy licząc ludzi w zasięgu wzroku i kije do zdjęć selfie, wyniki były takie same. Do czego zmierzam, za wszelką cenę chcemy uwiecznić każdy moment, zapominając o samej jego istocie. Co gorsza, coraz częściej chcemy uchwycić ten moment z naszą twarzą na pierwszym planie i do tego z wątpliwym kijem w ręku. Fascynacja nowym miejscem, chęć podzielenia się widokami, próba zatrzymania czasu w postaci zdjęcia, to wszystko jest zrozumiałe, ja również temu wszystkiemu ulegam. Kto by nie chciał wstawić zdjęcia z plaży z kokosem w ręku na portal społecznościowy, kiedy u znajomych jest kilka kresek poniżej zera… W tym wszystkim jest jednak pewna granica, nawet dla fotografa. Podczas podróży z każdym dniem robiliśmy mniej zdjęć, a więcej po prostu przeżywaliśmy. Czasem warto odstawić elektronikę i doświadczyć czegoś niepowtarzalnego z jedynym wspomnieniem w swojej głowie. Kolejnym selfie czasu nie zatrzymamy, nie ma co się łudzić… Dość gadania, pora na kilka zdjęć. Poniżej porcja tych najbardziej prywatnych, czyli z telefonu.

01 02 03 04 05 06

Kiedy pierwszy raz wysiedliśmy na końcowej stacji metra łączącego lotnisko z centrum Bangkoku doznaliśmy szoku. Klimat, temperatura, alfabet, ludzie, prawostronny ruch uliczny, waluta, jedzenie, wszystko było inne. Prawie nic nie wyglądało znajomo. W końcu ponad dziesięć tysięcy kilometrów zrobiło swoje. Jednak po miesiącu tam spędzonym, myślę, że jest dużo więcej zaskakujących podobieństw niż różnic. Niezależnie czy rozmawialiśmy z miejscowym mnichem czy opiekunem słoni, czy nawet innymi turystami ze świata świetnie się rozumieliśmy. Nie chodzi jednak o zwykłe porozumiewanie się. Chodzi o poczucie humoru, potrzeby, oczekiwania, pasje, czy zwykły szacunek. Choć w każdej życiowej płaszczyźnie różnic jest wiele, to same płaszczyzny nie różnią się od siebie tak bardzo. Myślimy, że jesteśmy całkowicie odmienni, niekiedy nawet lepsi. Totalna nieprawda. Dużo lepiej opowiada o tym w swoim filmiku Krzysztof Gonciarz – Gdybyś był Japończykiem, polecam w wolnej chwili. Tajlandia, wbrew pewnemu starotypowemu myśleniu, nie jest krajem trzeciego świata. Z podziwem patrzyłem na Tajów jak wielki szacunek mają do króla, dóbr publicznych, własnego państwa. Czy przypadkiem my nie mamy tutaj pewnych braków? Zdecydowana większość tubylców zaoferuje Ci pomoc, zanim o nią poprosisz, a szczęście i uśmiech na twarzy jest rzeczą naturalną. Nie spotkaliśmy się z żadną oznaką agresji, przemocy, nie byliśmy w żadnej niekomfortowej czy niebezpiecznej sytuacji. Może to nasze szczęście i absurdalny wyjątek? Nawet jeśli, czasem mam większe obawy podróżując autobusem nocnym w Warszawie niż spędzając kolejne godziny w nieznanej dzielnicy Bangkoku… I kto tu jest krajem trzeciego świata?

Podróżowanie to podobno jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi. Nie sposób się z tym nie zgodzić. To co widzieliśmy, to co przeżyliśmy, to czego spróbowaliśmy, to co poczuliśmy to nasze. Nieważne jak i gdzie podróżujesz. Czy kupujesz zorganizowany wyjazd, czy ustalasz wszystko w biegu. Czy jedziesz nad polskie morze, czy kąpiesz się w Oceanie Indyjskim. Czy podróżujesz własnym autem, czy autostopem. Ważne jak ten czas pożytkujesz i ile z niego czerpiesz. Tutaj polecam filmik Krzysztofa Gonciarza – 48 godzin wspomnień. Daje do myślenia. Rzeczy, które utkwiły mi w głowie z tego wyjazdu jest mnóstwo. To problem lotniskowej granicy przy wjeździe do Tajlandii, to magia festiwalu lampionów, to ogrom pozytywnej energii wszystkich poznanych ludzi, to adrenalina podczas wspinaczki na skale i podczas raftingu, to niesamowite uczucie wolności podczas nurkowania, to godziny spędzone z Emilią przy oglądaniu kolejnych par spodni, to poranny problem jaki smak świeżo wyciskanego soku wybrać, to obcowanie ze słoniami, to picie drinka na dachu wieżowca. to pierwszy zjedzony Pad Thai, to podróżowanie autostopem, to smak obrzydliwego duriana, to opychanie się tanim sushi, to nauka jazdy na skuterze, to ból przy wyrastaniu dwóch ósemek, to szukanie pralni, to odwiedzanie fabryki garniturów, to niesamowity egzotyczny klimat, to chodzące legwany obok naszego namiotu, to China Town w Kuala Lumpur, to Emilia śpiewająca piosenki domowych melodii, to szukanie zasięgu wifi, to nieudane bilety do Batu Gajah, to melodia w słowach „ขอบคุณมาก”, to magia takich miejsc jak Phi Phi czy Pai, to mnogość wątpliwej urody lejdibojów, to przepyszna kuchnia uliczna, to kot w lodówce, to podobizna króla Tajlandii, to… Nie sposób tego opisać. Podróżujcie.

Pora na zdjęcia, te właściwe. Miłego oglądania!

THAI_001

THAI_002

THAI_003

THAI_004

THAI_005

THAI_006

THAI_007

THAI_008

THAI_009

THAI_010

THAI_011

THAI_012

THAI_013

THAI_014

THAI_015

THAI_016

THAI_017

THAI_018

THAI_019

THAI_020

THAI_021

THAI_022

THAI_023

THAI_024

THAI_025

THAI_026

THAI_027

THAI_028

THAI_029

THAI_030

THAI_031

THAI_032

THAI_033

THAI_034

THAI_035

THAI_036

THAI_037

THAI_038

THAI_039

THAI_040

THAI_041

THAI_042

THAI_043

THAI_044

THAI_045

THAI_046

THAI_047

THAI_048

THAI_049

THAI_050

THAI_051

THAI_052

THAI_053

THAI_054

THAI_055

THAI_056

THAI_057

THAI_058

THAI_059

THAI_060

THAI_061

THAI_062

THAI_063

THAI_064

THAI_065

THAI_066

THAI_068

THAI_069

THAI_070

THAI_071

THAI_072

THAI_073

THAI_074

THAI_075

THAI_076

THAI_077

THAI_078

THAI_079

THAI_080

THAI_081

THAI_082

THAI_083

THAI_084

THAI_085

THAI_086

THAI_087

THAI_088

THAI_089

THAI_090

THAI_091

THAI_092

THAI_093

THAI_094

THAI_095

THAI_096

THAI_097

THAI_098

THAI_099

THAI_100

THAI_101

THAI_102

THAI_103

THAI_104

THAI_105

THAI_106

THAI_107

THAI_108

THAI_109

THAI_110

THAI_111

THAI_112

THAI_113

THAI_114

THAI_115

THAI_116

THAI_117

THAI_118

THAI_119

THAI_120

THAI_121

THAI_122

THAI_123

THAI_124

THAI_125