A może Alpy?

Podobno spotyka nas najlepsze wtedy, kiedy kompletnie się tego nie spodziewamy, a tak dokładnie było w tym przypadku. Pewnego wieczoru, po moim zimowym wejściu na Rysy, dostałem bardzo ciekawą wiadomość, o dokładnie takiej treści:

Cześć. Czy ja dobrze widzę, że byłeś na Rysach? Czy to oznacza, że chodzisz trochę po górach? Jeśli tak – to się świetnie składa ;p Może chcesz jechać w Alpy?

Po długich przemyśleniach (czyt. bezzwłocznie) potwierdziłem swoje chęci na wyjazd do francuskiego Alpe d’Huez. Zabawne jest, że w podobny sposób znalazłem się w Portugalii, może w nieco innym celu, ale zbieżność początków tychże przygód jest interesująca. Założenie wyjazdu było proste, dziesięć dni na aktywny wypoczynek w pięknych górach. Słowa „wypoczynek” nie należy brać na serio, ponieważ po każdym dniu zasypialiśmy jak małe dzieci, a ból w nogach jeszcze czuję prawie tydzień po powrocie. Niesprawiedliwie uogólniając nasz dzień prezentował się mniej więcej tak: ciężki poranek, ceremonialne śniadanie, zjazd tysiąc metrów w dół szaloną drogą, wjazd tysiąc metrów w górę inną szaloną drogą, wyjście w góry, śnieg, słoneczko, więcej śniegu, jeszcze więcej słoneczka, powrót, ceremonialna kolacja zakrapiana francuskimi winami, łóżko (nareszcie). Między czasie pot, krew (łez nie było), setki spalonych kalorii, dziesiątki gramów białka i te niesamowite widoki…

alpy_001

Po 17 godzinach jazdy z Warszawy wspaniałym Volvo z silnikiem diesla dotarliśmy do narciarskiego resortu w Alpe d’Huez. Mógłbym tutaj rozwodzić się o wygodzie i komforcie podróży lub o kolorze naszego auta (biel typu rozpuszczony gołąb), ale może nie tym razem. Pierwszy dzień to przejaw totalnego nieprzygotowania do podjętej wyprawy. W sumie był to tylko spacer, ale brak filtra na twarzy odczuwałem przez następny tydzień… Słońce w Alpach jest niesamowite, chwyta z każdej strony i nie uznaje łaski! Wspinaczka. Kolejnego dnia wyposażeni w liny, uprzęże, raki i czekany wyruszyliśmy zdobywać. Po kilku godzinach wędrówki pokonał nas śnieg, a raczej śnieg po pas. Zmęczeni i niektórzy przemoknięci wróciliśmy do naszej bazy, czyli mieszkania przesympatycznego Nico.

alp_1

Kolejny dzień minął nam pod znakiem szwajcarskiej flagi, otóż odwiedziliśmy Genewę i odbywające się tam targi motoryzacyjne. Oglądając kolejne Ferrari lub Lamborghini można było odczuć lekki przepych. Leciutki. Jako, że Ola i Tomek to zagorzali fani czterech kółek, była to obowiązkowa pozycja na trasie naszej wycieczki. Tylko dlaczego spędzili większość czasu przy stoisku marki Dacia?.. Następny dzień to kolejne wyzwanie – próba przekroczenia magicznych trzech tysięcy metrów. Niestety była to nieudana próba (wszystko przez śnieżne rakiety), ale zmęczyliśmy się tak jakbyśmy szczyt jednak zdobyli. Przypadek? Prawdziwą rewelacją była pusta chatka, która robiła za nawet gościnny schron dla zimowych włóczykijów. Na szczęście w mieszkaniu czekała na nas kolacja typu typical French, wino i „wino”.

alp_2

Kolejne dni nabierały tempa – poszukiwanie ferraty, spacer przy wietrze pędzącym ponad 130km/h i w końcu, udana próba zdobycia trzytysięcznika. Tym razem bez rakiet śnieżnych (na szczęście) i z wielkim zapałem. Trzeba przyznać, że radość na szczycie przychodziła sama, a widoki rekompensowały cały trud. Ostatni dzień to blisko 60km na nartach i bajeczne stoki w Alpe d’Huez. Zjazd z lodowca czy piętnastokilometrowy stok, co tu dużo mówić, cudo! Moja rekomendacja jest chyba tutaj zbędna. Kolejny dzień to solidne tysiąc osiemset kilometrów drogi powrotnej do Warszawy. Najcięższe w powrocie było to, że to już koniec naszej przygody. W sumie to jeszcze trudniej było zidentyfikować czekoladowy prezent Tomka, dla ciekawskich – to ryba.

alp_3

Wniosków jest kilka. Zdecydowanie kocham góry, a im wyższe tym większą dają radochę. Francuskie wino jest pyszne (prawda Ola?), a francuskie sery nie takie złe na jakie pachną. Natomiast najlepszą ładowarką akumulatorów jest słońce, najlepiej w dużych ilościach, no i z filtrem na twarzy. Wielkie, wielkie dziękuję za genialny wyjazd całej ekipie – Oli, Tomkowi i Nico. Za wszystkie za późne śniadania i wszystkie wspólne kolacje przy świecach. Za każdy przejazd przez „crazy road”, wszystkie tripy oraz wyprawy do Casino. Było très très genialnie! Już czekam na kolejną równie spontaniczną podróż… A teraz zapraszam na część bardziej zdjęciową, pozdrawiam!

alpy_002

alpy_003

alpy_004

alpy_005

alpy_006

alpy_007

alpy_008

alpy_009

alpy_010

alpy_011

alpy_012

alpy_013

alpy_014

alpy_015

alpy_016

alpy_017

alpy_018